5 czerwca 2026
LO282 — London Heathrow (LHR T2) → Warszawa Chopin (WAW)
Czas lotu 2 godz. 30 min. Dystans 1 474 km. Samolot Boeing 737 MAX 8. Prędkość przelotowa ok. Mach 0,79 (980 km/h). Maksymalna wysokość przelotowa 41 000 stóp (ok. 12 500 m).
Wiedziałam, że średnio 58% lotów na tej trasie jest opóźnionych.
Wyjęłam z kieszeni siedzenia magazyn LOT-u Kaleidoscope, a po kilku stronach zasnęłam. Obudził mnie komunikat podekscytowanego pilota Bartosza. O lądowaniu. I to przed czasem. 5 minut. Ja jednak nie miałam ochoty podnosić powiek. Śniłam, że zapomniałam kim jestem.
Nie wiedziałam jak mam na imię. Nie wiedziałam ile mam lat. Nie pamiętałam skąd pochodzę, ani co robiłam wczoraj. Obudziłam się z uczuciem zawieszenia. Jakby odkleiła się ode mnie nie tylko ziemia i przeszłość, ale także cała tożsamość.
i starałam się uchwycić jakieś: skąd.
Na próżno.
Otworzyłam powieki. Spojrzałam w dół. Na zbliżające się prostokątne pola i łąki. I coś się we mnie urodziło. Nie wiedziałam jeszcze co to było. Nazwałam to roboczo: misja.
Misja była konkretna: wejść do sklepu i kupić telefon.
Ale żeby zrozumieć co to ma wspólnego z misją, muszę się cofnąć o kilka miesięcy.
Koleżanka nakręciła mnie na wspólny proces. Na medytacji prowadzącej nas przez wizualizację — „Kto jest teraz na miejscu twojego partnera?”— zobaczyłam coś, co wzburzyło mi komórki.
Nie twarz. Choć spodziewałam się ojca. Nie imię. Choć brałam pod uwagę jakiegoś byłego. Ja zobaczyłam coś innego. Błyszczące jabłko. I nie to Adama. Nawet nie moje. Nadgryzione jabłko. Znane całej planecie.
Nieposiadający widzą tylko cenę
dla nich zakazanego owocu.
Jabłko.
Na energetycznym miejscu zarezerwowanym dla mojego partnera, przy moim boku. Logo Apple. Byłam splątana z iPhonem.
Czy to wszechwiedzący umysł próbował mi powiedzieć coś, czego nie chciałam jeszcze usłyszeć? Cofnijmy się po kablu od ładowarki.
Byłam użytkowniczką jabłka od modelu 5 — nie z przekonania, ale z okoliczności.
Partner miał tylko jeden pomysł na prezent. Nie co roku i nie zawsze nowy model (smartfona i chłopaka) — ale iPhone towarzyszył mi przez dekadę jak cichy partner, z którym się nie zaręczyłam, ale codziennie chodziłam z nim za rączkę.
W 2026 nie mam chłopaka. A kiedy partner odchodzi — robi się dużo miejsca. I można wreszcie zdecydować, co naprawdę chce się trzymać w dłoni.
W drodze z lotniska do domu weszłam do salonu jednego z operatorów. Tyle marek, istny jarmarek.
Chwilowa pogawędka z panem zza stolika i dotarło do mnie, że telefon w pakiecie to tak naprawdę sprzęt na raty w abonamencie, który wychodzi drożej, niż jednorazowa płatność. Jednorazowa płatność 5799 PLN. Dlaczego jeden telefon kosztuje tysiąc, a inny sześć? Skąd pochodzi ta różnica? Za co się płaci w tych flagowcach i czy ja z tego w ogóle korzystam? Tryb detektyw aktywowany.
Weszłam do Euro AGD. Pan przy ladzie miał ten wyraz twarzy: „zaraz powiem jej co chce usłyszeć i pójdę na kawę.” Zapytał co ma mieć ten telefon. Zastanowiłam się chwilę.
To będzie pierwszy telefon, jaki w tym życiu kupię. Co ja w ogóle robię w tym telefonie przez tyle godzin dziennie? — czas wydłużał mi się w głowie i spokojnie prowadziłam mentalny dialog z własnymi potrzebami, które zostały wywołane do zwierzeń. „Najbardziej zależy mi na braku emisji niebieskiego światła” — odpowiedziałam po namyśle — „bo najczęściej używam telefonu jako czytnika książek.”
Pan skinął głową. Dodałam, że chciałabym wejście jack — żeby nie kupować co kilka miesięcy adaptera za dwadzieścia dolarów i żeby mieć lepszą jakość dźwięku z dobrych słuchawek na kablu. Pan nadal kiwał głową, ale już wolniej.
Powiedziałam, że slot na microSD z obsługą dwóch terabajtów byłby idealny, bo nie mam już ochoty płacić pięćdziesięciu złotych miesięcznie za chmurę. Uśmiechnęłam się, bo właśnie zrobiłam sobie źródło na regularny cel charytatywny. Tymczasem pan przestał kiwać głową.
Ja się rozkręciłam i dodałam eSIM. A i do tego — czarno-biały wyświetlacz, działający WhatsApp i WordPress, i żeby telefon nie zmuszał mnie do aktualizacji. Pan popatrzył na mnie jak na kogoś, kto właśnie wylewitował z rakiety. Wykrzywił się i powiedział: „To nie ma takiego. Nie jesteśmy w 2017.„
Nie skomentowałam, podziękowałam, a w myślach przybiłam sobie piątkę. Challenge accepted.
To jest odcinek zerowy Analogowej Ekspedycji.
Serii o tym, co się dzieje, kiedy kobieta — która kursuje pomiędzy europejskimi stolicami a Wysokimi Andami i Amazonią, gdzie kończy się każdy internet i gdzie zasięg to dodatek a nie standard — postanawia zacząć budowanie nowej tożsamości offline od… telefonu.
Pan w Euro AGD się pomylił.
Jest 2026 — i właśnie znalazłam dokładnie to, czego szukałam.
O tym będzie następny wpis.
Z serialu przygodowego.
Pod tytułem: Analogowa ekspedycja.